WALENTYNKOWA HISTORIA W KOLORZE BLUE

Jeżeli nie jesteście jeszcze rodzicami, a macie w planach nimi zostać to z całą pewnością obserwując na codzień sytuacje w których rodzic "źle" postępuje ze swoimi dziećmi- jesteście pewni, że wy nigdy byście tak nie postąpili. Już teraz macie w głowie gotową przedrodzicielską czarną listę przykazań typu "nigdy nie powiem mojemu dziecku..", "nigdy nie pozwolę mojemu dziecku..", "moje dziecko będzie zawsze...". To nic złego, ja też tak m i a ł a m. Na mojej czarnej liście od zawsze znajdowały się przebite uszy u małych dziewczynek, przebierany Mikołaj na święta (swoją drogą- Zosia ich uwielbia), słodycze przed ukończeniem conajmniej 3 lat, wizyty w fast foodach, zabawa tabletem itp. Prawa jest taka, że planować można dużo jednak nie ma to najmniejszego sensu, dopóki nie poznamy tej małej istoty i jej charakteru. Piszę o tym nie bez powodu dzisiaj- w Walentynki. To dzisiaj skuszona aurą serduszek, balonów i innych mało istotnych rzeczy, postanowiłam pomalować paznokcie na kolor czerwony. Do tej pory nigdy nie ośmieliłam się robić tego kiedy Zosia nie spała. Wiadomo przy dziecku trzeba mieć refleks i to taki w szczytowej formie. Dzisiaj jednak odpuściłam i wyjęłam przy córce moje pudełko z masą kolorowych lakierów. Przez pewien czas nie podchodziła tylko ukradkiem spoglądała na to co robię. Kiedy w końcu podeszła usiadła obok mnie, zdjęła skarpetkę chwyciła pierwszy lepszy pilniczek i zaczęła robić to co ja. Zamiast wyrywać jej go z ręki z okrzykami w stylu "to niebezpieczne! lub "zrobisz sobie krzywdę!" zaczęłam ją obserwować. Siedziałyśmy razem i piłowałyśmy paznokcie. Każda tak jak umie. Nagle "na niby" już nie wystarczało. Poprosiła o pomoc. Siedziałyśmy więc tak razem- mama i córka i piłowałam jej małego paznokietka, któremu swoją drogą zaokrąglenie po krzywym obcięciu "w biegu" bardzo się przydało. Nie zdawałam sobie sprawy, że będzie w stanie tyle wytrzymać bez ruchu i zaciekawieniem połączonym z przejęciem obserwować ten kobiecy rytuał. Kiedy znudziła się siedzeniem w jednym miejscu, zaczęłam malować swoje paznokcie. Zdążyłam pomalować jeden kiedy do mnie podeszła i z najszczerszym zachwytem powiedziała "łaaał!" Po okrzyku uznania dla talentu matki, bez ostrzeżenia dotknęła świeżo pomalowany paznokieć. Wytłumaczyłam spokojnie, że jeszcze nie wysechł i że trzeba podmuchać. I tak siedziałam na kanapie a moja córka z przejęciem dmuchała na paznokieć, bo tak trzeba. Po chwili zamieszała gwałtownie ręką w pudełku z lakierami i wyciągnęła jedną buteleczkę. Pokazuje mi ta moja prawie dwulatka niebieski lakier i mówi "blue!" Zastanawiam się chwilę jakim cudem w pierwszej kolejności opanowała angielską nazwę koloru, ale moje myśli przerywa mi kolejne słowo "sam!" Podstawia swoją mała pulchną stópkę obok mojej z pomalowanym jednym paznokciem, daje mi lakier "blue" i powtarza "sam!". Chce tak samo. I w taki oto sposób w Walentynki, maluję jej te paznokietki kolorem blue i zdaję sobie sprawę, że kolejna z rzeczy na mojej "czarnej liście" ("nigdy nie pomaluję córce paznokci, dopóki nie skończy podstawówki) zostaje wykreślona i to w pięknym stylu. To były najpiękniejsze walentynki i wspaniałe chwile z moją córką.


pozdawiam mamy i córki!
mama zosi

1 komentarz